325 Obserwatorzy
62 Obserwuję
belferczyta

belferczyta

"Indie. Trzy na godzinę" Joanna Nowicka, Małgorzata Łupina



Ludzie mają różne historie do opowiedzenia. Czytałam już o wielkich tego świata, o ludziach z pasjami, o tych, którzy mnie inspirują do codziennej walki o siebie. Świat jest zupełnie inny niż  ten serwowany nam przez kolorową telewizję, gdzie na kanałach tematycznych możemy oglądać celebrytów i ich problemy związane z kupnem torebki. Inny niż w stacjach pokazujących coraz to głupsze reality-show. Filmy proponowane przez telewizję w paśmie wieczornym często robią nam wodę z mózgu. Wartościowe programy nadawane są późno w nocy, kiedy to oglądalność jest praktycznie zerowa. A podróże? W większości ludzie wolą smażyć się na plażach egzotycznych wysp, podziwiać piramidy, zwiedzać buddyjskie świątynie, gdy tymczasem obok giną ludzie, dzieci są sprzedawane, a uchodźcy odgradzani od turystów wielkimi murami... Podobnie jest z książkami, bo przecież dobrze sprzedaje się Gray i podobne mu "arcydzieła", z których niestety ludzie czerpią wiedzę o świecie i kształtują swoją wrażliwość.





A jak poznać rzeczywistość? Nie wszyscy mogą pozwolić sobie na wyprawę w nieznane, ale istnieją ci, którzy mają odwagę szukać prawdziwego świata i pokazywać go wbrew wszystkiemu i wszystkim. Nie są to wygodne tematy, dzięki którym autor zapewni sobie sprzedaż książki, czy oglądalność, ale dla każdej opowiedzianej i wysłuchanej historii - warto...




Jedną z takich książek (i filmów) jest "Trzy na godzinę" Joanny Nowickiej i Małgorzaty Łupiny. Książka powstała jako uzupełnienie wielokrotnie nagradzanego filmu pod tym samym tytułem.  Są to raczej rozmowy z ofiarami gwałtów w Indiach, z ich rodzinami, policjantami, ale i z adwokatami gwałcicieli. Wypowiedzieli się również obrońcy praw człowieka i zwykli mieszkańcy New Delhi. Brutalna i okrutna statystyka mówi, że w ciągu godziny gwałcone są trzy kobiety, choć liczba ta jest z pewnością zaniżona, bo większość ofiar nie zgłasza się na policje. Powód? To co dzieje się po zgłoszeniu. Kobieta staje się wyklęta przez społeczeństwo, najczęściej również przez rodzinę, która obwinia ją za przyniesienie hańby rodzicom. Bo przecież w społeczeństwie podzielonym na kasty, to kobieta jest winna temu, że ją zgwałcono. Ofiara musi borykać się z traumą po gwałcie, z fizycznymi dolegliwościami, ponieważ gwałcone są najczęściej młode kobiety i dziewczynki, i najczęściej są to gwałty zbiorowe. Ale jest jeszcze coś, gwałciciele są bezkarni, żyją obok, w tej samej dzielnicy, szczycą się dokonaniami, a , co absurdalne, adwokaci często oskarżają właśnie rodzinę dziewczyny o to, że źle wychowała swoją córkę...




Książka pokazuje los nie tylko tych zgwałconych kobiet w Indiach, ale i tych, które... znikają. Od lat populacja chłopców rośnie, a dziewczynek maleje, nikt temu nie może zaprzeczyć i nawet się nie stara. Gdzie są? Co się z nimi dzieje po urodzeniu? Jaki los czeka dziewczynkę w kraju mężczyzn i ich zasad? Ciąże usuwa się tak długo, aż nie będzie syna, żony są przez mężów zmuszane do badań USG, a dziewczynki porzucane w rożnym wieku...







Polecam książkę tym wszystkim, którzy Indie znają z kolorowych filmów Bollywood, przepięknych krajobrazów, świątyń i jeszcze piękniejszych kobiet ubranych w purpurowe sari. Pewnie takie Indie też gdzieś są. Ale to ogromny kraj, pełen sprzeczności, biedy, kontrastów, praw tylko dla mężczyzn i kast nietykalnych. Choć to drastyczne i trudne to jednak warto poznać historię kilku dziewczynek, z którymi rozmawiała Anna Dereszowska podczas kręcenia dokumentu. Nie jest to wygodna prawda, a czytelnik nie czuje się komfortowo, ale myślę, że jesteśmy winni ofiarom możliwość wykrzyczenia tego, co je spotkało, a o czym nie mogą mówić, bo w ich kraju niewielu chce słuchać.



 Tutaj można zobaczyć zwiastun filmu dokumentalnego "Trzy na godzinę".



Jedno pokazuje ich nadal słabe szanse na wysłuchanie. Film "Trzy na godzinę" był emitowany w Wigilię ok. 24.00...  Szkoda, że w porze największej oglądalności kolejny raz musieliśmy śledzić głupie losy jeszcze głupszego Kevina, który został sam w domu... Ja wolałabym, aby w tym czasie świat wysłuchał Chameli i Shabnam...


Anna M.


"Jaglany detoks" Marek Zaremba




Zdrowe ciasteczka i jesienne słoneczko zachęcają do zadbania o siebie!  zdj. Anna Czyż
 
 
 
Dziś nieco inaczej niż zwykle... Nie byłabym sobą, gdybym nie eksperymentowała :) I nie chodzi tu tylko o moje własne czasem doprawdy dziwaczne pomysły, ale o ciągłe poszukiwane zmian. Postanowiłam na chwilę oddać mojego bloga w cudze ręce (no dobra - nie takie znowu cudze - ale w ręce mojej koleżanki z pracy).  K.S. pewnie teraz głośno wzdycha, ale spokojnie - już w przyszłym tygodniu wracam na blog. 
 
Dlaczego dziś inaczej? Powodów jest wiele.... Bo lubię Ankę, bo razem się odchudzany (chwilowo to zbyt doniosłe słowo), bo robi świetne zdjęcia, bo nie wyrabiam czasowo z matematyką, bo przeczytałam książkę i chciałam się nią podzielić nie tylko w formie recenzji, ale i od tej praktycznej strony. Wreszcie, bo Ania ma w domu sprawny piekarnika, a ja nie...


Oddaję głos Ani...

Anna M.


 

zdj. Anna Czyż

 
 
 

Ostatnio doszłam do wniosku, że najwyższy czas zmienić coś w swoim życiu. Dlaczego by nie od samej siebie? I wtedy wpadła mi w ręce książka Marka Zaremby „Jaglany detoks”, która w pewnym sensie odpowiada na zadane przeze mnie pytanie. Okładka piękna, książka wydana cudownie. Tytuł hmm… dziwny. Do tej pory kasza jaglana kojarzyła mi się z drugim daniem obiadu. Autor jednak udowodnił, że wcale kasza nie musi być zwykłym dodatkiem do mięsa. Może być czymś więcej, no i jest!

Nie jest to jednak zwykła książka kucharska. Pierwsza część poświęcona jest ogólnym informacjom na temat nie tylko samych produktów, ale i świadomości o żywieniu, świadomości o samym sobie. Autor na samym początku przekonuje, że żeby coś zmienić należy zacząć od siebie i tego co nas otacza, a dieta to tylko dodatek. 

 
zdj. Anna Czyż
 
 
 
Dowiadujemy się zatem wielu ciekawych rzeczy na temat nie tylko samej kaszy ale i naszego sposobu odżywiania. W rozdziale „Niezbędnik detoksu” znajdziemy wiele informacji o przyprawach, nie tylko o znanym każdemu czosnku, ale i na przykład o galgancie. Jednym z wielu ciekawych rozdziałów jest „Świadomość”, w którym autor pisze o ważnym w życiu każdego z nas aspekcie psychologiczno-emocjonalnym. Dowiemy się również, że suplementy diety pomagające odbudować naszą skórę, paznokcie i włosy wcale do takich rewelacyjnych nie należą.  Po przeczytaniu dosłownie 211 stron książki przechodzimy do ważnego elementu  dla książki kulinarnej jakim są oczywiście przepisy!
 
 
Druga część książki „Jaglany detoks” to wspominanie przepisy. Ta część została podzielona na kilka fragmentów: śniadania, zupy, dania główne, przekąski i tzw. detoks party (co w moim tłumaczeniu powinno nazywać się ciasta, ciasteczka i inne słodkości). Przepisy są napisane w bardzo prosty i zrozumiały sposób. Większość z nich nie wymaga dużego nakładu naszej pracy. 
 
 
 
W ferworze pieczenia  (zdj. Anna Czyż)
 
 
Pozwoliłam sobie zrobić (bo uwielbiam słodycze!) jaglane ciasteczka. Czytając przepis,, szczególnie składniki, nie widziałam tam cukru. Jak to? Ciastka bez cukru?  Ale nic, postanowiłam zrobić. Wyszły cudowne, pyszne i szybkie i nie jest to tylko i wyłącznie moje zdanie. Każdy przepis ma odpowiednie zdjęcie, które jeszcze bardziej zachęca nas do gotowania. 



 
Autor ciekawie przekazuje nam posiadaną przez siebie wiedzę w zakresie dietetyki. Przekonuje nas do zmiany życia i rozpoczęcia nie od diety tylko od siebie. Książka wydana pięknie z jeszcze piękniejszymi zdjęciami. W treści nie ma przesady, ale są ważne i konkretne informacje. Sprawdzalność przepisów? Ekstra! Jednym słowem - dla mnie bomba!



Anna Czyż



zdj. Anna Czyż

 

Kochani, ja również polecam książkę "Jaglany detoks" - recenzja zachęcająca, zdjęcia wspaniałe, a same ciasteczka? Cóż - przepyszne!!! Wiem, co mówię i piszę. Na dowód - jedno moje małe zdjęciunio z "zatwierdzania recenzji" :) :) :) 
 
 
 


 Anna M.


LINKI
-   strona Autora




"Rzucam cukier" Sarah Wilson




 
 
 
 
"Jest w nas głęboko zakorzeniony opór przed rezygnacją z cukru. Dorastamy w emocjonalnym i fizycznym związku z tą substancją. Sama myśl, że nie będziemy mogli po nią sięgnąć w chwili radości i by coś uczcić - lub gdy jesteśmy zmęczeni i jest nam źle - napawa nas przerażeniem. Jeśli nie coś słodkiego, to co?"
 
 
 
 
Rzucam cukier! - to chyba najczęściej powtarzane przeze mnie zdanie w moim życiu. Powtarzane w wielu wariacjach: z wykrzyknikiem, znakiem zapytania lub wielokropkiem. Po wielu latach wysiłków mogę się poszczycić połowicznym sukcesem - cukier rzucił mnie i to na łopatki :) Miał wspólników - moje koleżanki. No bo jak to, impreza bez słodkości, wspólna kawcia bez ciasteczka?Tyle razy słyszałam: "przecież sama upiekłam, nie poczęstujesz się? Jedno ci nie zaszkodzi!". Przed egzaminami - koniecznie kawałek czekolady, a potem kolejny i kolejny... Przecież to dla mózgu, a że większość idzie w tyłek, tego na opakowaniu nie napisali. Co robić? Pora poszukać pomocy u praktyków diety bezcukrowej. Sarah Wilson nie obiecuje, że będzie łatwo, ale przy pracy nad przewartościowaniem myślenia o jedzeniu, gwarantuje pełen sukces
 
"Co więcej - to rzecz niezwykle dziwna - przekonasz się, ze ludzie będą próbowali cię zniechęcić. Być może narazisz się nawet na ich gniew. (...) Wysiłki osoby walczącej z cukrem krytykuje się jako nietrafione. Rzucacze zmuszeni są od obrony swojej diety. Tłumaczę to tak: wszyscy wiemy, że cukier jest szkodliwy, i tak szczerze, w głębi duszy jesteśmy świadomi, że spożywamy go w nadmiarze. Jednak większość ludzi jest do niego tak przywiązana - emocjonalnie i fizycznie - że wizja odstawienia go mrozi krew w żyłach. To instynktowna reakcja. Założę się, że gdybyśmy oznajmili, że wykreślamy z jadłospisu orzeszki ziemne czy popcorn, nie wzbudzilibyśmy tak negatywnych uczuć" (s34)
 
  
Nareszcie ktoś mnie zrozumiał. Mogę teraz śmiało zrezygnować z cukru dodanego, choć autorka proponuje odrzucić każdy cukier, nawet ten zawarty w niektórych owocach. Aż tak radykalna nie jestem, ale miło wiedzieć, że komuś się udało. Sarah Wilson poleca trwający 8 tygodni detoks. Nie zachęca do liczenia kalorii, wręcz przeciwnie - stawia na tłuszcze i żywność bogatą w składniki odżywcze. Autorka dzieli się swoimi przepisami na pyszne zamienniki popularnych potraw, od przestawek przez dania główne, aż do deserów. Tak, nie zrozumieliście mnie źle - DESERÓW. Nie są to trudne do wykonania potrawy, ale najpierw trzeba się wczytać w przepis i zadać sobie trochę trudu w zlokalizowaniu sklepu ze zdrową żywnością. Bezcukrowe zamienniki cukru są mniej znane, ale ja kupiłam je w zwykłym osiedlowym markecie. Nawet nie wiedziałam, że tam są, a robię w nim zakupy codziennie. Więc nie przejmujcie się, zawsze można coś w przepisie zmienić, poeksperymentować, dodać np. orzechy... Ja tak zrobiłam i ciasteczka wyszły przepyszne. A właśnie - ciasteczka. Nie wyobrażam sobie napisać recenzję książki nazwijmy to "kucharskiej" bez przetestowania choćby jednego przepisu.
 
 
 
CIASTECZKA Z MAKIEM I SKÓRKĄ Z CYTRYNY
 
 
 
zdj. z książki
 
 
Skladniki
 
2 łyżki oleju z pestek winogron
1,5 łyżki granulowanej stewii
1 łyżka pudru waniliowego
1łyżka startej skórki z cytryny
1,75 szklanki mąki migdałowej
szczypta soli
1 łyżka maku
1 białko jajka, lekko rozkłócone
 
 
 
 
 
 
kocham piec
 
 
 
 
Sposób przyrządzania
Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. W dużej misce wymieszaj olej, stewię, puder waniliowy i skórkę cytrynową. Dodaj mąkę migdałową, sól i mak i wyrabiaj masę dłonią przez 5 minut, żeby tłuszcz przeniknął do ciasta. Rozwałkuj ciasto, tak żeby miało 1,5 cm grubości, a następnie foremkami wytnij  z niego ciasteczka. Używając pędzelka posmaruj ciastka białkiem - to pozwoli im się ładnie przyrumienić. Piecz przez 6-8 minut, aż zrobią się złocistobrązowe przy brzegach.
 
 
 
 
 
 
Moja kuchnia kolejny raz zamieniła się w doświadczalny poligon, a ja, piekąc ciasteczka, bawiłam się  jak małe dziecko. Są wakacje, więc niestety nie mogłam zanieść pyszności dzieciom z mojej klasy, jak to mam w zwyczaju, ale z pewnością już we wrześniu zrobię moim milusińskim niespodziankę. 
 
 
Polecam książkę Sary Wilson "Rzucam cukier", bo pozwala spojrzeć na życie od jego lepszej, bezcukrowej strony. Autorka proponuje detoks i gwarantuje powodzenie tej próby, dodaje otuchy i podpowiada, jak poradzić sobie w różnych sytuacjach. Można znaleźć wiele ciekawostek, odniesień do innych kucharzy, odrobinę zwierzeń i ogromną garść przepisów. Dużym atutem książki jest jej przepiękne wydanie. Doskonałe zdjęcia i aranżacje potraw sprawiają, że człowiek chce natychmiast coś ugotować. A jeśli ma się świadomość, że to potrawy beż cukru, to można zaszaleć bez wpadania w poczucie winy... 
 
 
 
Mój doskonały wieczór z książkami. A do tego gorące mleko i migdałowe pyszności...
 
 
 
 
 
Pewnie nie rzucę nigdy cukru tak radykalnie jak Sarah, ale mam teraz doskonałe przepisy, aby zrezygnować całkowicie z "cukru dodanego". Zostawiam Was zatem z moimi przemyśleniami, a ja wracam do czytania... Mam już wszystko, co kocham: mnóstwo wolnego czasu, książki i domowej roboty łakocie...
 
 
 
 
Anna M. 
 
 
 
 

"Moja kuchnia w Paryżu. Przepisy i opowieści" David Lebovitz

 

 

Kocham gotować, uwielbiam jeść, a kuchnia francuska jest jedną z tych, które szczególnie lubię. Czego chcieć więcej? Może jeszcze książki jednego z najlepszych kuchary i znawców smaków Francji? Kiedy trzymam w rękach książkę Davida Lebovitza, zaczynam układać w głowie listę zakupów... Co zrobić... A jeśli zobaczycie zdjęcia, wpadniecie po same uszy i nie wiadomo kiedy piekarnik już będzie włączony na odpowiednią temperaturę. 

 
 
Kuchnię Davida Lebovitza poznałam przy okazji książki "Słodkie życie w Paryżu", dziś polecam "Moja kuchnia w Paryżu". Znajdziecie w niej wszystko, co konieczne, aby stać się mistrzem kuchni: od porad na temat przypraw, przez zwierzenia o kupowaniu naczyń do tart, aż do gotowych przepisów. Wszystko jasno, prosto i z właściwym autorowi poczuciem humoru. Między przepisami i zdjęciami można znaleźć opowieści z życia w Paryżu, kulinarne ciekawości z przeróżnych warzywnych straganów i porady, jak nie spalić dania, a jedynie smakowicie przypiec.
 
 
"Największym wyzwaniem, jakiemu musiałem stawić czoło, gdy urządzałem w Paryżu moją pierwszą kuchnię z prawdziwego zdarzenia, nie było podjęcie decyzji, w jakiej odległości od lodówki zamontować piekarnik albo z czego powinny być zrobione blaty. Nie miałem trudności z wyborem materiału na podłogi ani szafek do przechowywania garnków i patelni. Nie chodziło też o to czy piekarnik ma być gazowy, czy elektryczny. Problemem okazał się zlewozmywak. Po dziesięciu latach mieszkania we Francji w końcu zdecydowałem się kupić własne mieszkanie. Jak dotąd wszyscy byli przekonani, że miałem ogromną designerską i profesjonalną kuchnię, podczas gdy tak naprawdę musiał mi wystarczyć blat wielkości szachownicy. Żonglowałem miskami, garnkami i patelniami, wiecznie zmagając się z brakiem miejsca".
 
 
pyszny quiche
 
 
 
I już za to kocham Davida, mam podobne dylematy w mojej kuchence bez okien... :) Bo kiedy musisz się zastanawiać, co pozmywać, aby było więcej miejsca, a piekąc ciasto otwierasz okno w pokoju bo jest za gorąco, wiesz, ze może cię zrozumieć ktoś, kto zna wyzwania maleńkiej kuchni :) Później otworzyłam książkę akurat na zdjęciu autora wybierającego plats a gratin, czyli naczynia do zapiekanek. Ku mojemu zdziwieniu trzymał w rękach maleńkie ceramiczne naczynie wprost z mojej kuchni :) Przypadek? Nie sądzę, bo już wtedy wiedziałam, że uda mi się coś ugotować z jego książki. Oczywiście marzyła mi się czekoladowa tarta Tarte au chocolat et confiture de lait, ale nie mam w mojej mini-kuchni dobrego piekarnika. Zatem wybór padł na mój ulubiony  quiche, czyli słoną tartę. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym odrobinę nie zmodyfikowała przepisu, zamiast proponowanych gruszek dodałam szynkę :) Ale ser pleśniowy pozostał... Pyszne! I jak tu się odchudzać... Dobrze, jutro zrobię sałatkę. A tymczasem wracam do jedzenia i zgłębiania tajników kuchni francuskiej. Mam wrażenie, że dziś wszystko w moim mieszkanku na dwunastym piętrze pachnie Paryżem.
 
 
 
 
Polecam książkę, ale ostrzegam, nie da się jej "tylko" przeczytać. Z pewnością wyjmiecie garnki i pobiegniecie do najbliższego sklepu. Ja tak zrobiłam!
 
 
 
 
 
moje naczynia do zapiekanek
 
Autor wybierający naczynia... (zdj. z książki)
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Anna M.
 
 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

"Tajemnica Oscara Pistoriusa" John Carlin

 
 
 
 
 
 
Do tej pory znałam Oscara Pistoriusa jedynie z "show" na jego temat w jednej z telewizyjnych sieciówek. Roztrząsano tam sprawę zabójstwa jakie miał popełnić, szeroko komentowano jego zachowanie, pokazywano łzy i załamanie, wreszcie wydano jednoznaczny wyrok i sprawę zamknięto. Świat o nim już zapomniał. W moim odczuciu było to niesmaczne i płytkie. Stado wygłodniałych reporterów rzuciło się nagle na ofiarę i tu już nie jest istotne czy winną czy nie zarzucanych czynów. Wałkowano to tygodniami, w końcu przestałam śledzić doniesienia dziennikarzy i unikałam tematu. Nagle dostałam książkę i szczerze mówiąc pomyślałam "no nie, tylko nie to...". Już od pierwszych stron miło się rozczarowałam.  Autor bowiem nie przesądza o winie, lecz pokazuje bardzo szeroki kontekst wydarzeń. To bardzo rzetelna opowieść o samym Oscarze, jego marzeniach, planach, trudnym starcie, ciągłej presji udowadniania kim jest, ale i miłości, potrzebie akceptacji, prawdzie i kłamstwach.



Książka "Tajemnica Oscara Pistoriusa" w moim odczuciu wcale nie koncentruje się na owej feralnej nocy13 lutego 2013 roku, jest bowiem dużo szerszym spojrzeniem na temat. Mamy możliwość prześledzenia życia Oscara, jego uporu w dążeniu do celu, świadomości bycia "innym" i  silnego dążenia do bycia "jak każdy". Oscar Pistorius jest bowiem postacią bardzo złożoną, wymyka się wszelkim próbom uchwycenia go w jakikolwiek szablon. Ma wiele twarzy.. Jest jednym z najlepszych sportowców, zwycięzcą paraolimpiad, ale chyba jednak nie do końca pogodzonym ze swoim kalectwem. Swego czasu bożyszcze kobiet, zdobył serce przepięknej modelki Reevy Steenkamp, choć wydaje się być raczej zagubionym chłopcem. Pełen sprzeczności, trudny do zrozumienia przez bliskich, uciekający przed prawdą, nie dający się jednoznacznie ocenić i zrozumieć.
 
 
 
 
Jaki jest Oscar Pistorius? Czy zabił? Co wydarzyło się w jego mieszkaniu? Co dzieje się w jego psychice? Na te pytania trzeba samemu sobie odpowiedzieć, książka jest jedynie i na szczęście tylko tłem owych wydarzeń. Autor w genialny sposób prowadzi czytnika przez zakamarki i skrawki historii Oscara, wiąże różne fakty i osoby, rzuca dodatkowe światło na samego sportowca. Bardzo cenna jest również opowieść o  RPA, daje ona bowiem dodatkowe światło na sprawę. Nie wszystko jest bowiem czarno-białe jak się wydaje zwykłemu człowiekowi. I choć wyrok zapadł, a Oscar został skazany na 5 lat więzienia za zabójstwo, to warto zapytać "dlaczego", "jak" i "co do tego doprowadziło"? Sąd zadecydował, media też już wydały okrutny wyrok, niewiele osób zadało sobie trud poznania Oscara mimo wydarzeń z tamtej tajemniczej nocy. Myślę, że książka Johna Carlina jest doskonałą pozycją dla tych wszystkich, którzy chcą dowiedzieć się o Oscarze czegoś więcej, dać mu szansę na opowiedzenie o sobie.
 
 
 
 
 
Zawsze interesują mnie ciekawi ludzie, nieszablonowi, pełni pasji i sprzeczności. Nie będę osądzała tego, co zrobił, sam musi to odpokutować, i tylko on wie, jaka była prawda i co wydarzyło się tamtej nocy. Będzie musiał żyć z tym niezależnie od wyroku. Dzięki książce zrozumiałam, jakim jest człowiekiem, czego pragnie, co miało wpływ na jego podejście do życia, jakie dylematy nim targały i pod jaką presją nieustannie żył. Świat zdawał się tego nie dostrzegać, rodzina i znajomi bagatelizowali, on sam zaprzeczał. Teraz pozostaje już tylko milczenie....
 
 
 
 
 
Anna M.
POLECAM
 
moja ocena: 5+ / 6
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 

"Tetrus" Kazimierz Szymeczko

Reblogowane od belferczyta:


Tetraplegia to paraliż czterokończynowy powstały na skutek urazu rdzenia kręgowego na odcinku szyjnym. Szanse na wyleczenie - zero... Tyle medyczny opis choroby...
 
 
Natomiast "Tetrus" to opowieść o niezwykłym chłopcu - Michale. Nastolatek po wypadku samochodowym zostaje sparaliżowany, świat przestaje istnieć, koledzy i znajomi zawodzą, przyszłość wydaje się być beznadziejnie czarna. Michał  ma sprawną jedną rękę, rusza głową i nie potrafi pogodzić się z rzeczywistością oraz brakiem rokowań na poprawę. Chce zakończyć swój dramat, ale nawet nie potrafi popełnić samobójstwa. Pozostaje tylko leżeć, patrzeć w sufit i czekać na śmierć. Ojciec, aby pomóc mu wrócić do życia, umieszcza go w ośrodku Caritasu specjalizującym się  w tego rodzaju urazach. Michał szybko poznaje tam rówieśników z podobnymi "barierami". Nagle temat nauki samodzielnego siadania w toalecie przestaje być krępujący, bo każdy z nich przecież kiedyś musiał to opanować. Dodatkowo chłopcy wcale nie wydają się być inni niż całe reszta rozbrykanych nastolatków. A już zupełnie szalonym pomysłem wydaje się być drużyna rugby złożona z terusów... Michał, niegdyś doskonały sportowiec i zawodnik, teraz nie może nawet postawić nogi na parkiecie sali gimnastycznej. Wracają wspomnienia, ale powrót do tego, co kochał wydaje się być niemożliwy. Czy aby na pewno??? 
 
 
 
 
 
Książka Kazimierza Szymeczko jest wspaniałą opowieścią o naszych marzeniach, ideałach i celach życiowych, które w obliczu katastrofy muszą zostać głęboko przemyślane i przewartościowane. To również opowieść o życiu, które zdrowi ludzie w swej świadomości skazali na wegetacje, gdy tymczasem tętni swoją młodzieńczą szaloną pasją. Niesamowity dziennik, którego daty przeplatają się tworząc wielowymiarowy portret głównego bohatera. I nie jest to osoba wyssana z palca, ale nastolatek z krwi i kości. Chociaż autor odżegnuje się od identyfikowania osób występujących w książce, to jednak jak sam przyznaje pracował dwa lata w podobnym ośrodku Caritasu, a Integracyjny Klub Sportowy Jeźdźcy istnieje i ma się dobrze. Wiele sytuacji opisanym w książce naprawdę się wydarzyło. Oddajmy mu głos:
 
 
 "Tych, którym wydaje się, że autor fantazjuje i tworzy nieprawdziwą wizję świata po wypadku, namawiam do podjęcia wolontariatu (choćby tygodniowego!) w najbliższym ośrodku tego typu. Nie gloryfikuje niepełnosprawnych ani nie ubliżam im. Są różni jak to ludzie. Jedni dążą do celu i nie boją się wyzwań, inni płyną z prądem, niektórzy wykorzystują defekt ciała jako usprawiedliwienie dla lenistwa. Poznałem ich na tyle, że mogę pisać o ich życiu obiektywie. Ich poglądy, uczucia, ambicje i słabostki w niczym nie różnią się od naszych. Nie ma ludzi w pełni sprawnych. Informatyk na wózku nie ma ze mną szans w biegach i skokach, ale ja w porównaniu z nim jestem niepełnosprawny w grze w szachy i w programowaniu"(s.6)
 
 
 
Polecam książkę "Tetrus", to kolejna pozycja z cyklu "Plus minus 16", którą się zachwyciłam!  Daje do myślenia, zmusza do zadawania pytań.  Momentami przeraża i powoduje, że chcesz płakać, ale zaraz potem trafiasz na fragment, przy którym śmiejesz się do łez. Samo życie...
 
moja ocena:   6/6
 
 
 
 
Anna M.
 
 
 
 
LINKI
 
Kazimierz Szymeczko - strona internetowa
 
 
 


Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził,  zabierz głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)
 
 
 
 
 
 

"Tetrus" Kazimierz Szymeczko



Tetraplegia to paraliż czterokończynowy powstały na skutek urazu rdzenia kręgowego na odcinku szyjnym. Szanse na wyleczenie - zero... Tyle medyczny opis choroby...
 
 
Natomiast "Tetrus" to opowieść o niezwykłym chłopcu - Michale. Nastolatek po wypadku samochodowym zostaje sparaliżowany, świat przestaje istnieć, koledzy i znajomi zawodzą, przyszłość wydaje się być beznadziejnie czarna. Michał  ma sprawną jedną rękę, rusza głową i nie potrafi pogodzić się z rzeczywistością oraz brakiem rokowań na poprawę. Chce zakończyć swój dramat, ale nawet nie potrafi popełnić samobójstwa. Pozostaje tylko leżeć, patrzeć w sufit i czekać na śmierć. Ojciec, aby pomóc mu wrócić do życia, umieszcza go w ośrodku Caritasu specjalizującym się  w tego rodzaju urazach. Michał szybko poznaje tam rówieśników z podobnymi "barierami". Nagle temat nauki samodzielnego siadania w toalecie przestaje być krępujący, bo każdy z nich przecież kiedyś musiał to opanować. Dodatkowo chłopcy wcale nie wydają się być inni niż całe reszta rozbrykanych nastolatków. A już zupełnie szalonym pomysłem wydaje się być drużyna rugby złożona z terusów... Michał, niegdyś doskonały sportowiec i zawodnik, teraz nie może nawet postawić nogi na parkiecie sali gimnastycznej. Wracają wspomnienia, ale powrót do tego, co kochał wydaje się być niemożliwy. Czy aby na pewno??? 
 
 
 
 
 
Książka Kazimierza Szymeczko jest wspaniałą opowieścią o naszych marzeniach, ideałach i celach życiowych, które w obliczu katastrofy muszą zostać głęboko przemyślane i przewartościowane. To również opowieść o życiu, które zdrowi ludzie w swej świadomości skazali na wegetacje, gdy tymczasem tętni swoją młodzieńczą szaloną pasją. Niesamowity dziennik, którego daty przeplatają się tworząc wielowymiarowy portret głównego bohatera. I nie jest to osoba wyssana z palca, ale nastolatek z krwi i kości. Chociaż autor odżegnuje się od identyfikowania osób występujących w książce, to jednak jak sam przyznaje pracował dwa lata w podobnym ośrodku Caritasu, a Integracyjny Klub Sportowy Jeźdźcy istnieje i ma się dobrze. Wiele sytuacji opisanym w książce naprawdę się wydarzyło. Oddajmy mu głos:
 
 
 
"Tych, którym wydaje się, że autor fantazjuje i tworzy nieprawdziwą wizję świata po wypadku, namawiam do podjęcia wolontariatu (choćby tygodniowego!) w najbliższym ośrodku tego typu. Nie gloryfikuje niepełnosprawnych ani nie ubliżam im. Są różni jak to ludzie. Jedni dążą do celu i nie boją się wyzwań, inni płyną z prądem, niektórzy wykorzystują defekt ciała jako usprawiedliwienie dla lenistwa. Poznałem ich na tyle, że mogę pisać o ich życiu obiektywie. Ich poglądy, uczucia, ambicje i słabostki w niczym nie różnią się od naszych. Nie ma ludzi w pełni sprawnych. Informatyk na wózku nie ma ze mną szans w biegach i skokach, ale ja w porównaniu z nim jestem niepełnosprawny w grze w szachy i w programowaniu"(s.6)
 
 
 
Polecam książkę "Tetrus", to kolejna pozycja z cyklu "Plus minus 16", którą się zachwyciłam!  Daje do myślenia, zmusza do zadawania pytań.  Momentami przeraża i powoduje, że chcesz płakać, ale zaraz potem trafiasz na fragment, przy którym śmiejesz się do łez. Samo życie...
 
moja ocena:   6/6
 
 
 
 
Anna M.
 
 
 
 
LINKI
 
Kazimierz Szymeczko - strona internetowa
 
 
 
 
 
Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literatura  za możliwość współpracy.



POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)

 
 
 
 
 

 

 


Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził,  zabierz głos w dyskusji.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)
 
 
 
 
 
 

"Wanda Błeńska. Spełnione życie" Joanna Molewska, Marta Pawelec






Od Wydawcy: "Zmarła w wieku 103 lat, ale nawet po setnych urodzinach można było codziennie spotkać ją w tramwaju. I u dominikanów, na Mszy Świętej. Jej kalendarz był zawsze zapełniony. Nikomu nie odmawiała spotkania. Wiele osób chciało jej słuchać. Dlaczego? Bo wystawiała receptę na szczęśliwe życie. Przeżyła dwie wojny światowe, uwięzienie za działalność w AK, mrok polskiego komunizmu, chwile strachu w Ugandzie, w której posługiwała chorym przez 43 lata. Kobieta odważna. Lekarka, misjonarka, Matka Trędowatych, "Ambasador Misyjnego Laikatu", jak określił ją bł. Jan Paweł II. Nie bała się realizować swoich marzeń. Zawierzona całkowicie Panu Bogu z anielskim uśmiechem powtarzała: "Jeśli macie dobre, świetlane pomysły, to je pielęgnujcie. Nie dajcie im zasnąć, nie odrzucajcie ich". Niniejsza książka to rozmowa z doktor Wandą Błeńską - jedną z najpiękniejszych postaci polskiej medycyny, polskich misji, polskiego Kościoła..."







Dr Wandę Błeńską widziałam tylko raz, gdy byłam jeszcze na studiach, podczas spotkania w ramach wykładów o misjach. Biło od niej niezwykłe ciepło, spokój i radość dosłownie "nie z tej ziemi".  Nigdy nie zapomnę jej uśmiechu i uwagi jaką poświęcała każdej osobie. Gdy kilka dni temu przeczytałam książkę Joanny Molewskiej i Marty Pawelec, wspomnienia wróciły. Jako studentka Wydziały Teologicznego UAM, nie interesowałam się zbytnio misjami, raczej zgłębiałam Biblię. Po studiach kilka razy była na spotkaniach z misjonarzami, wiedziałam też o kole misyjnym na naszej uczelni, a w pracy katechetka próbowała mnie namówić na pracę na rzecz misji. Niestety nie mam takiego powołania, bardziej interesowała mnie pomoc dzieciom w różnych rejonach świata, niż ich ewangelizacja. Subtelna różnica, ale jednak znacząca. Zawsze uważałam, że najpierw trzeba pomóc człowiekowi w jego najbardziej podstawowych potrzebach, prawach i problemach. Nawracanie to coś wtórnego, jeśli się żyje wiarą, to każdy ją zauważy bez zbędnego gadulstwa, demonstrowania i przekonywania kogokolwiek. Najpierw musimy sprawić, by ludzie nie byli chorzy i głodni, potem możemy im mówić o Bogu...  Dlatego bycie człowiekiem i pomoc człowiekowi to pierwsze i najważniejsze zadanie chrześcijanina, wszystko inne przychodzi później, zwyczajnie, cicho i niepostrzeżenie... 
 

"Jak daleko mogę pamięcią sięgnąć, zawsze miała dwa cele: ja muszę być lekarką i muszę być lekarką na misjach. I koniec. Jako dzieciak to mówiłam - i się spełniło. Kiedy rozmawiam z młodzieżą, zawsze im powtarzam: jeżeli macie jakieś dobre, świetlane pomysły, to je pielęgnujcie.  Nie dajcie im zasnąć. Nie odrzucajcie ich. Nawet jeżeli wydają się niemożliwe do spełnienia, za trudne. Swoje marzenia trzeba pielęgnować! Zawsze można znaleźć jakąś wymówkę, powód, dla którego rezygnuje się z marzeń. Czasem jest to strach.... A strach ma często wielkie oczy!"
 
 
 
 
 
Wanda Błeńska należy do moich autorytetów. To Matka Trędowatych, która przez ponad 40 lat nie opuściła swoich podopiecznych z Ugandy. Jej spokój i ciepło promieniowały na wszystkich. Książka jest przepięknym, głębokim i dającym do myślenia wywiadem z Doktą, bo tak ją nazywano w Afryce.  Pani Doktor opowiada o swoim dzieciństwie, studiach, wojnach, pracy, marzeniach i wyjeździe na misje na całe życie. W jej wypowiedziach uderza ogromny szacunek dla człowieka, nie tylko tego chorego, ale też tego "innego". Z powagą i ostrożnością wypowiada się np. o plemiennych wierzeniach, nikogo nie oceniając nawet szamanów i czarowników. Dla nas Afryka to obraz utrwalony przez filmy, stereotypy, legendy, mniej lub bardziej prawdziwe wyobrażenia, dla Wandy Błeńskiej to cały świat, w których się odnalazła, który pokochała i starała się zrozumieć. Pomagała jej w tym pasja leczenia, pomagania chorym i głęboka wiara w Boga. Dokta jest też dla mnie przykładem wielkiego poświęcenia, heroizmu i walki o szacunek i godność swoich pacjentów. Sama przyznaje, że często nie stosowała choćby rękawiczek podczas badań chorych na trąd, aby nie poczuli, że się ich boi lub brzydzi. Z otwartością mówi, że widywała lekarzy badający "wzrokiem zza biurka". Ona jednak nigdy nie odtrącała człowieka, walczyła z jego chorobą, uczyła higieny i przekonywałam, że przy jej przestrzeganiu ryzyko zakażenia jej minimalne. Nie ocenia Afrykańczyków, nie dramatyzuje, nie straszy wojnami, ale spokojnie i ciepło przeprowadza czytelnika/słuchacza przez swoje spełnione życie. Jest nawet tak szczera, że zapytana, czy tęskni za Ugandą, odpowiada, że nie, bo zawsze ma ja w swoich wspomnieniach. Afryka ożywa w niej zawsze wtedy gdy się nią dzieli. a ta książka jest tego najlepszym przykładem.
 

 
 
 
POLECAM
 
Anna M.


"Singielka" Mandy Hale




"Jesteśmy twarde. Jesteśmy nieustraszone. Jesteśmy stanowcze. Trzeba się z nami liczyć. Każdego dnia w pojedynkę stawiamy czoła wszelkim wyzwaniom i nigdy nie dajemy za wygraną. Nie pozwalamy na to, żeby przerażała nas perspektywa samotnej wyprawy do restauracji. Nie pozwalamy na to, żeby możliwość natknięcia się na byłego chłopaka powstrzymywała nas przed pójściem na imprezę z podniesioną głową. (...)


Na bycie singielką potrzeba dużo siły, której większość kobiet nigdy nie doświadczy. Ta siła to niezgoda na określanie własnego życia przez pryzmat związku, to zdefiniowanie go na nowo z myślą o sobie. To wyśmiewanie uprzedzeń i stereotypów. To pokazywanie światu, że twoim celem nadrzędnym nie jest wyjście za mąż" (s.15.22).

 
No dobrze, pisanie o szczęściu bycia singielką w Walentynki to tak jak stanie na parapecie mojego okna na 12 piętrze - bardzo ryzykowne. Ale przecież odważna ze mnie babka! Za chwilę pewnie odezwie się grono zakochanych szczupłych nastolatek próbujących nawrócić starą pannę wątpliwej figury. I na próżno wyjaśniać, że samotne życie po trzydziestce może być udane. Dzielnie zatem odpieram ataki zdziwionych koleżanek, uśmiecham się miło, gdy znajomi zapraszają mnie na swatane spotkania, i często (wiem, że to nieładnie) drwię z facetów, którzy uważają się za ósmy cud świata.

"Dlaczego nasza niezależność jest traktowana jak zagrożenia atakiem terrorystycznym? To tak, jakby powiedzieć: <<Światło zielone - spotyka się z kimś. Uff. Nie skończy sama jak palec>>. Albo <<światło żółte - no cóż, kolejny nieudany związek, i na dodatek, to ona go zakończyła. Ma trzydzieści jeden lat i wybiera samotność! Zostanie starą panną na własne życzenie>>. Albo <<Światło czerwone - ma trzydzieści cztery lata i wcale się nie kwapi, żeby poślubić pierwszego napotkanego faceta, mimo, że jej jajeczka znikają szybciej niż naleśniki z IHOP. Ona naprawdę zwleka i czeka, aż pojawi się Ten Właściwy. Uwaga! Uwaga!" (s.28)
 
 
przemierzyłam pół świata, by poznać siebie

Książka Mandy Hale "Singielka" to jedna z tych, do których będę wracała. Autorka w zabawny sposób opowiada o zaletach i wadach życia singielki. Wbrew pozorom  wcale nie jest to zachęta do zerwania z facetem, ale próba wyjaśnienia dlaczego warto pokochać siebie, zanim zaczniemy szukać miłości u innych. Pełna optymistycznych sentencji i mądrości niekoniecznie ludowych wspiera te z nas, które akurat nie zajmują się aktualnie gotowaniem obiadków, przewijaniem dzieci, czy sprawdzaniem telefonu ukochanego. Może kiedyś... W przyszłości... Ale nie teraz.... I choć wiele z moich "koleżanek" widzi we mnie desperatkę, to właśnie ja na ostatniej imprezie nie biegałam za facetem. Bycie samą nie oznacza bowiem bycia samotną. Singielka jest niezależna, silna, ma głowę pełną pomysłów na życie i czas na ich realizacje. Nie mówi światu: "chcę być sama do śmierci", ale raczej "dopóki jestem sama, będę się świetnie bawić, aż nie poznam kogoś, kto na mnie naprawdę zasługuje". A życie będzie wtedy wyglądało kolorowo. Singielka ma odwagę stanąć sama na weselu, żeby kolejny rok z rzędu  powiedzieć "no rzucaj, tylko nie spudłuj" i złapać ten cholerny welon. Singielka mieni świat, pomaluje go na nowo, odklei stare etykiety, wyrzuci z szafy za małe cichy, kupi bilet i wyruszy w szaloną podroż. A gdy już spotka miłość swego życia, będzie miała album pełen niezwykłych wspomnień. Wtedy znajdzie czas na pieluchy, zupki i pranie skarpetek...
 
 
"Może i nie klęczy przed nami książę z bajki ze szklanym pantofelkiem w dłoni, ale stać nas na to, by kupić sobie zabójcze szpilki i udać się na bal bez eskorty (...) Potrzeba odwagi i serca, by kroczyć przez życie w butach samotnej kobiety"

nie żebym nie próbowała znaleźć księcia z bajki....



POLCECAM
 
Anna M.
singielka
 
 
 






 
 
 
 
 

"Pomyleni. Chorzy bez winy"" Irena Cieślińska




 
 
Zawsze wiedziałam, wewnętrznie wyczuwałam, że istnieje świat ukryty przed szerokim wzrokiem społeczeństwa. Doświadczyłam tego wielokrotnie, będąc po tej drugiej stronie. Zbyt często dzielimy ludzi na zdrowych i chorych, bogatych i biednych, inteligentnych i głupich. Podziałów jest mnóstwo i każdy z nas choć raz został zaszufladkowany przez tych innych, lepszych. Ale nie o takim świecie pisze Irena Cieślińska. To byłoby zbyt proste. Bogactwo, niepełnosprawność, status społeczny, poziom wykształcenia, czy miejsce zamieszkania widać na pierwszy (no dobra czasem na drugi) rzut oka. Nie boimy się ludzi biednych, niepełnosprawnych, gorzej sytuowanych. Jesteśmy w stanie zrozumieć i pomóc nędzarzom, uzależnionym, chorym. Ale istnieje jeszcze jedna kategoria ludzi, którzy chorują nie ze swojej winy, a ich przypadłość jest często nierozumiana przez innych. Izolują się od społeczeństwa lub to społeczeństwo ich odpycha, bo nagle niedolni są do normalnego funkcjonowania. Jedni odziedziczyli wadliwe geny, inni nabyli "chorobę" wraz z przeziębieniem, jeszcze inni nie znają powodu nagłego pogorszenia zdrowia. Część chorych umiera krótko po diagnozie, inni muszą nauczyć się kontrolować objawy i żyć ze swoimi ograniczeniami.
 
 
Książka "Pomyleni. Chorzy bez winy" nie jest bynajmniej encyklopedia medyczna, ale jest zbiorem historii ludzi i ich chorób. Poznajemy m.in. Glorie Lenhoff, światowej sławy śpiewaczkę operową, która  cierpi na zespół Williamsa, czyli "elfizm". Ma absolutny słuch, śpiewa w każdy usłyszanym nawet przypadkowo języku, Jest bardzo wrażliwa, niezwykle towarzyska, ale jednocześnie nie potrafi policzyć do 10, podpisać się, zawiązać butów i przejść samodzielnie przez ulicę. Jak to możliwe? Kim jest? Jak mierzy się z codziennością i co czuje? W innym rozdziale dowiadujemy się, czym jest zespół Pradera-Williego. To choroba, na którą cierpi trzynastoletnie Lily - jest ciągle głodna. Cokolwiek by zjadła, po chwili zwija się z głodu, jakby od kilku dni nie miała nic w ustach. Dla jedzenia jest w stanie kraść, oszukiwać, kłamać. Wszyscy w jej otoczeniu muszą ją kontrolować, zamykać szafy na zamki, nawet okoliczne pizzerie wiedzą, że nie wolno od niej przyjmować zamówienia. Ale to nie koniec, poznajemy też narkoleptyków, dzieci z syndromem Alicji, czy małą Sophie, która z powodu strachu przez dentystą nic nie jadła i zmarła z głodu. Historie ludzi, którzy nie czują własnego ciała, czy tych, którzy zamykając oczy widzą demony są jak opowieści nie z tego świata. A to tylko cześć opowieści...
 
 
 
Na próżno jednak szukać w książce medycznych opisów przypadków, bo to nie przewodnik po dziwnych schorzeniach. "Pomyleni" to zapis wewnętrznego świata osób, które nie z własnej winy są po drugiej stronie muru. To zaproszenie do ich świata, codzienności, walki z przeciwnościami, ukrywania choroby i radzenia sobie z objawami. Ów mur budują wszyscy, ponieważ boimy się tego, czego nie rozumiemy i łatwo przyszywamy  krzywdzącą i nieprawdziwą łatkę "chorzy psychiczni". Nie zadajemy sobie trudu, by poznać historię człowieka, a nie historię jego choroby. Wiedzieliście, że Brad Pitt, podobnie jak sama Autorka tej książki,  cierpi na prozopagnozje, czyli nie rozróżnia twarzy. Irena Cieślińska opisuje swoje dramatyczne przeżycia, kiedy nie mogła w gromadce dzieci w przedszkolu rozpoznać swoich pociech lub gdy nie poznała męża, bo włożył inny sweter, a szefa nie wpuściła na bankiet. Inaczej funkcjonuje, nie ze swojej winy.  Na co dzień musi tłumaczyć się z tego, że nie poznaje ludzi, często mają o to pretensje. Książka pełna jest przykładów sławnych i znanych ludzi, którzy są "chorzy"... Johnny Depp cierpi na clourofobie, Napoleon, Juliusz Cezar i Aleksander Wielki irracjonalnie bali się kotów, a Pamela Anderson unika luster. Czy wiedzieliście tez, że Lewis Caroll pisząc Alicję w Krainie Czarów mógł opierać się na własnych doświadczeniach?  Czy on również był chory? Dziś nie można jednoznacznie tego stwierdzić, ale 150 lat po jego opowieściach o króliczej norce, udało się zarejestrować, jak syndrom Alicji zmienia aktywność elektryczną mózgu. Chorzy na prawdę mają uczucie spadania, widzą nienaturalnie duże lub nagle małe osoby i przedmioty. Przestrzeń się zakrzywia, ze nie sposób wyjść z domu, natomiast czas wariuje...
 
 
 
ZROZUMIEĆ  BOLERO
 
 
Chciałam opisać dziś jeszcze jedną historię dwojga osób: Maurice'a Ravela, genialnego francuskiego kompozytora i kanadyjskiej malarki Anny Adams. To dwie z pozoru różne osoby - inny kontynent, czas, zainteresowania. Połączyła ich choroba Picka, która uszkadza lewą półkulę mózgu, odbiera mowę, skazuje na samotność i nieuniknioną śmierć. Pojawia się znikąd i  zabija. Objawy są nagłe i trudne do wyjaśnienia: pogorszenie nastroju, zachowania kompulsywne, powtarzanie czynności, zanik mowy, niezdolność rozróżniania liter... 
 
 
"Czy dlatego we wczesnej fazie choroby Maurice Ravel napisał najbardziej kompulsywny z utworów muzycznych - swoje sławne i rozpaczliwe Bolero? Naprzemiennie powtarzane dwie linie melodyczne, osiem razy w ciągu 340 taktów, wciąż głośniej, wciągając coraz większą liczbę instrumentów, przyspieszające aż do finałowego załamania. Ravel, pisząc Bolero w 1928 roku, miał 53 lata. Ani on, ani jego przyjaciele nie podejrzewali nawet nadchodzącej tragedii (...)"(s.47)
 
 
Anna Adams, matka czwórki dzieci, doktor biologii molekularnej, z dnia na dzień stawała się zupełnie obca rodzinie. Nagle zainteresowała się malarstwem, kompulsywne tworząc te same motywy. Nikt ni potrafił tego wyjaśnić. Później przestała mówić, nie potrafiła też liczyć. W 2002 r. również u niej zdiagnozowano chorobę Picka. 
 
 
 
"Czy dlatego we wczesnej fazie choroby Anna (...) słuchała niemal wyłącznie muzyki Ravela? I czy dlatego, mając 53 lata, namalowała swój niezwykły obraz Unravelling Bolero (rozwikływanie Bolera). Zaabsorbowana motywami powtórzeń, pokryła płótno regularnym wzorem 340 prostokątów, uporządkowanych z matematyczną precyzją, po jednym na każdy takt utworu. Wysokość figury odpowiada natężeniu dźwięku, kształt - czasowi trwania nuty, kolor - tonacji. Chłodne błękity i poszarzałe zielenie wypełniają obraz aż do nieoczekiwanej zmiany w 326 takcie, finałowego załamania utworu przynoszącego feerię różów i niepokojących pomarańczy" (s.48)



Polecam książkę Ireny Cieślińskiej! Jest bowiem fascynującą podrożą przez zakamarki i tajemnice ludzkiego mózgu, zapisem tego, czego nie rozumiemy, próbą uchwycenia świata, który dla "zdrowych" nie istnieje, bo jest inny, niemożliwy do ogarnięcia, tajemniczy.
 
Unravelling Bolero





 
 
 
Anna M.
 
POSTSCRIPTUM - tak często autorka kończy poszczególne rozdziały. 
To będzie zatem moje POSTSCRIPTUM.
 
Każdy, kto mnie zna, wie, że od urodzenia cierpię na pewną przypadłość - nie mam węchu, a smak mam wyłącznie podstawowy. Taka się urodziłam i nie można tego naprawić...  Nie wiem zatem, jak coś pachnie, wszystko jest dla mnie bezwonne, takie samo, jednolite... Nigdy nie czułam zapachu kwiatów, trawy, perfum, jedzenia. Co do tego ostatniego, to czuję wyłącznie smak słodki, gorzki, słony, kwaśny. Nie wiem, co jem, jeśli tego nie widzę. Gdy piję sok, mogę powiedzieć, że jest słodki lub kwaśny, ale nie wiem z jakich owoców. Podobnie z dżemem, jogurtem, zupą... Skąd zatem wiem, że istnieją zapachy i smaki? Z obserwacji ludzi, z tego, co mówią przyjaciółki (od lat to one wybierają mi perfumy), ale też z doświadczenia, czasem przykrego, czasem zabawnego. Co chwilę pakuję się w tarapaty (brzydkich zapachów też przecież nie czuję), przypalam jedzenie, mam manię prania rzeczy, bo nie jestem w stanie powiedzieć, czy raz założona koszulka pachnie jeszcze proszkiem, czy już potem. Jestem też mistrzem gaf towarzyskich, bo zawsze zanim coś zjem, muszę wiedzieć, co to jest, no i jak można nie pochwalić potrawy koleżanki, albo jej nowych perfum?...  Moi znajomi zaakceptowali to, mówią mi gdy coś pachnie, jak smakuje, co jest w sałatce, ale za każdym razem chyba nie dowierzają temu... Życie to sztuka wyborów i kompromisów, a przez 34 lata można nauczyć się żyć w świecie zapachów nie czując ich...
 
 
 
 
 
 
 

" Z parasolem przez Irlandię" Tsanko Ivanov

 
 

 


 
Irlandia... Zielona Wyspa, raj dla tysięcy Polaków, obiekt żartów i temat niekończących się dyskusji politycznych na "naszym podwórku". Patrzymy na ten kraj, jak swego czasu Izraelici na Kannan, ale czy znamy Irlandczyków? No dobrze, wiemy ogólnie, że jest tam zielono, mokro i zimno. Ale to tak, jakby powiedzieć o nas, że w Polsce piją, narzekają i za wszystko winią Tuska. Jakaś tam prawda jest, ale stereotypy bywają złudne. Wzięłam do ręki książkę Tsanko Ivanova "Z parasolem przez Irlandię", bo jak sam autor o sobie pisze: "Humor. To to, co podtrzymuje mnie na duchu". A ja lubię się śmiać, kocham celtycką mitologię, a skandynawskie zespoły rockowe i metalowe stanowią przecież potęgę na skalę światową. 





I nie zawiodłam się! Książka to dziwne i komiczne (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) połączenie przewodnika, rozmówek, mini-encyklopedii i poradnika. Sporo tu o języku, niby angielskim, ale jakimś nieangielskim. Jeszcze więcej o narodowych przywarach mieszkańców Dublina, no i kilka wskazówek, jak uniknąć kłopotów i nie wpaść w kulturowe tarapaty... Wszystko przyprawione irlandzkim humorem, czyli tym, o czym nie mamy zielonego, nomen omen, pojęcia :) Weźmy np. pogodę:


"Postawa wyspiarzy w sprawie pogody to istny triumf optymizmu nad doświadczeniem. Za każdym razem, kiedy zaczyna padać, Irlandczycy spoglądają w niebo zszokowani i zdradzeni. Czas na kolejną parasolkę. Wielu przybyszów pochodzi z krajów, gdzie deszcz jest rozumiany jako zjawisko krótkotrwałe. W Irlandii jest to potężny prysznic. Przerwy między opadami uznawane są za <<krótki okres bez opadów>>. Na pytanie: <> odpowiedź brzmi: <<Wszystkie, jakie masz>>" (s.22)


Przygotujcie się zatem na jazdę bez zapiętych pasów bezpieczeństwa tym, co w Polsce mało znane, czyli autostradą, i to bez ograniczenia prędkości! Książka jest prześmieszna, język cięty i jak przystało na niezbędny w codziennych sytuacjach okraszony irracjonalnymi idiomami słowniczek. Serdecznie się ubawiłam, tym bardziej, że czytałam już wiele książek o Irlandii, uwielbiam filmy o tym kraju i kocham muzykę. Ale ostrzegam, Irlandia to ciągle nieodkryty mentalnie kawałek raju i jeśli ktoś zna go tylko z kasowego "Braveheart - Waleczne Serce" to faktycznie pierwszy deszcz tak go uderzy w twarz, że będzie chciał się napić w miejscowym pubie i siarczyście zakląć. A wtedy książka Tsanko Ivanova okaże się błogosławionym zbawieniem, choć sam autor radzi, by na okres pobytu na wyspie zdecydowanie zostać ateistą ;)




Anna M.

"Pudełko na modlitwy" Lisa Wingate





Życie jest fascynujące, radosne, bogate w emocje, piękne, pełne miłości... Tak, życie niektórych. Inni muszą walczyć o przetrwanie,  zapomnienie - o siebie, i to już nieistotne, czy na własne życzenie, czy z winy innych. Lisa Wingalte w swojej powieści "Pudełko na modlitwy" przedstawia nam dwie silne kobiety, które choć dzieli przepaść czasu, pozycji i marzeń, to łączy stary, pusty dom. Czy tylko dom??? 




"(...) jakby dom był jednym, wielkim pytaniem, na które odpowiedź nie miała nic wspólnego z posprzątaniem jedzenia z kuchni. Jakby dom chciał czegoś ode mnie. To oczywiście głupie. Domy nie mogą chcieć, myśleć cy zastanawiać się. Nie pieką same ciast dyniowych, kiedy nikogo nie ma. nie czują miłości, nienawiści a ni nie mają oczekiwań. One po prostu są. I już na pewno niczego nie wiedzą" (s.50)




 
Ów dom należał do starszej pani, Ioli Ann Pole, która nagle umiera nie pozostawiając spadkobierców. Nikt tak naprawdę jej nie znał, nie miała rodziny, przyjaciół, a pod koniec życia praktycznie nie wychodziła z domu. Ale nasza bohaterka miała wiele tajemnic, a dokładnie osiemdziesiąt jeden pudeł ukrytych głęboko w garderobie. Tylko one znają prawdę, no może jeszcze cokolwiek mógłby powiedzieć kot Ioli, ale ten milczy jak zaklęty. A pudełka? To swoisty pamiętnik, życiorys pisany w formie listów do..., które Iola zaczęła pisać będąc małą dziewczynką.   
 
 
Kim jest druga bohaterka? To młoda, zagubiona i przestraszona kobieta, która nagle znalazła się w obcym miasteczku bez nadziei na cokolwiek. Tandi wraz z dwójką dzieci ukrywa się przed byłym mężem, trudną przeszłością, wspomnieniami rozbitej rodziny z własnego dzieciństwa. Ucieka przed uzależnieniem od środków przeciwbólowych, od wspomnień miłości i marzeń o cudownej przyszłości. Dziś jest poranioną kobieta i znów wchodzi w kolejny toksyczny związek. Nie ma pracy, więc parafia, na której własność przeszedł dom Ioli zatrudnia ją do posprzątania go i uporządkowania rzeczy zmarłej. Tandi znajduje w nim najlepszą przyjaciółkę, powiernicę i pomoc w rozwiązywaniu swoich życiowych problemów. Otwierając kolejne pudła poznaje Ioli Anne, jej dylematy, wybory, radości i smutki, które dziwnym sposobem są bardzo podobne do tych, jakie pojawiają się w jej codzienności. Ale nic w życiu nie przychodzi łatwo, jaką cenę będzie musiała zapłacić Tandi? Kim jest Ioli i jakie tajemnice skrywają kolejne listy? Dlaczego nigdy ich nie wysłała? O czym pisała?
 
 
"Pudełko na modlitwy" to bardzo ciepła opowieść o życiu kobiet, ich sile i determinacji. Nie brak w niej cierpienia, ale i nadziei i wiary, że każdy z nas może być szczęśliwy. Polecam gorąco na chłodne zimowe wieczory, do przemyśleń, do rozmowy, do napisania listu do...
 
 
 
 

Anna M.


 
 
 
 

"Jeden bóg" Katarzyna Mlek

 
 
 
 
 
"Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Nie będziesz zabijał" - to tylko dwa przykazania Dekalogu, który jest dla mnie podstawowym prawem. Ale co się stanie, jeśli ktoś postanowi być jak bóg, zawładnie sercami i umysłami ludzi, zapanuje nad światem i to w imię dobra? Przerażające, ale kuszące...



Kiedy jakiś czas temu zobaczyłam reklamę jajek z hasłem "kurki wolne od GMO" serdecznie się uśmiechnęłam. Ale zaraz zaraz... Skąd niby mam mieć pewność, że żywność, która mam w lodówce nie jest genetycznie modyfikowana?  Przecież o owcy Dolly też już wszyscy zapomnieliśmy, a współcześni genetycy zapewniają, że chodzi im o dobro ludzkości i wykarmienie milionów. Komu ufać? Czy historia o ludziach chcących być jak Bóg i w tym celu budujących wieżę Babel jest tylko starożytną legendą?




Katarzyna Mlek znów sięga po ważny współczesny temat, który mam wrażenie w mediach jest spychany na margines. Wizja przyszłości, jaką kreuje autorka jest niestety wysoce prawdopodobna, o ile już nie wcielana potajemnie w życie. Genesis, ogromna, usłana tysiącami ofiar korporacja oferuje przedłużanie ludzkiego życia. To już nie tylko krem na zmarszczki, ale wizja wiecznej młodości. Korporacja, która rości sobie prawo do rządzenia światem... Miran Zielińśki, zdolny genetyk wraca w tym celu do Łodzi i tu zaczyna swoje eksperymenty, genetyczną modyfikacje żywności, klonowanie, specjalnie hodowane organy. Cel? Dobro ludzi? Absurd, już na pierwszych stronach książki mamy odpowiedź - pieniądze! Nic i nikt nie jest w stanie powstrzymać szalonego geniusza, który coraz bardziej zdobywa rynek, jest obecny w coraz większej ilości produktach i zaczyna rządzić światem. Okłamuje ludzkość, wmawia jej, że ratuje życie, że pomaga, gdy tymczasem zabija powoli i brutalnie. A ludzkość widzi w nim zbawcę i płaci za własną śmierć.  Zatem ponowię moje pytanie: czy to tylko nierealna wizja i fantazja autorki? Już dziś się mówi o nieprzewidywalnych konsekwencjach klonowania, o etyce lekarskiej, o kontrowersjach ingerowania w ludzki genom. Nikt z nas nie wie do czego doprowadzą mutacje genetyczne i jaki wpływ na nas będzie miała modyfikowana żywność. A jeśli to pierwszy krok do globalnej katastrofy?



Autorka nie tylko wymyśla świat przyszłości, ale i sprawia, że jest on zupełnie realny. Jej wiedza z zakresu badań genetycznych, GMO, klonowania, jak i mechanizmów rynkowych jest niezwykła. To sprawia, że zaczynamy nie tylko jej wierzyć, ale i bać się, że ten proces już się rozpoczął, że żyje gdzieś na świecie jakiś Miran, a my jesteśmy tylko manipulowanymi przez niego lalkami, które zapłacą każda cenę z kłamstwo. Być jak bóg? Dla naszego bohatera nic prostszego? Ale jaki będzie finał jego intryg, kłamstw i czy maszyna do robienia pieniędzy jest odpowiedzią na wszystkie pragnienia człowieka?








Polecam książkę Katarzyny Mlek, to ważne, aby zobaczyć, do czego może doprowadzić nauka na usługach zła... Do tego świetny język i porywająca fabuła, z pewnością nie można się nudzić. REWELACJA!






Anna M.
PS - Przyznaję, że podobny lęk i fascynację budziła we mnie tajemnica puszka dołączona do mojej książki. Otworzyć? Co z tego wyrośnie??? Jak mona coś zamknąć w puszce, coś żywego? Intrygujące... Być jak bóg...





Serdecznie dziękuję za możliwość przeczytania książki 




"Być kimś, być sobą. Pierwsze 7 dni" Podsiadlik Jarosław




"Zdradzę wam tajemnicę. Bądźcie zawsze uczciwi względem innych, bądźcie uczciwi względem siebie, a unikniecie poprawczaka i całego tego syfu, który widzicie każdego dnia. Tego syfu, który wciąga was w coraz większe bagno, nie dając żadnego koła ratunkowego. Macie tylko siebie i swoje ambicje, ale pamiętajcie, to wasze wybory i to wy poniesiecie konsekwencję. Odpowiedzialność to ważne słowo i trzeba się go nauczyć. Kiedy okaże się, że jest już za późno, ciężko jest ie podnieść". (s.83)



Gimnazjaliści - postrach większości nauczycieli... Czy słusznie? Nie wiem, nigdy nie uczyłam w gimnazjum, ale sporo się nasłuchałam, od nauczycieli rzecz jasna. Ale czy to, co mawiają o gimnazjalistach to prawda? Wielu dzisiejszych gimnazjalistów uczyłam kiedy jeszcze byli mniej lub bardziej grzecznymi szóstoklasistami, kilkoro mnie nadal w szkole odwiedza, a ci przez których obiecywałam sobie, że ostatni rok uczę w szkole, dziś nisko mi się kłaniają na ulicy. Cóż, od gimnazjalistów tyleż samo nasłuchałam się o nauczycielach. A że sama jestem nauczycielem, znam ten "światek" czasem zbyt dobrze... Kocham też muzykę, no może niekoniecznie rap czy hip-hop (uwaga: z góry przepraszam za złą terminologię i moją ignorancję w tym temacie). Z miłą zatem chęcią wzięłam do ręki książkę Jarosława Podsiadlika  "Być kimś, być sobą. Pierwsze 7 dni".
 
 
 
Napiszę, jak zwykle, bardzo osobiście. Kilka lat temu mieszkałam w Krakowie i często spierałam się z pewną osobą w kwestii czynników wpływających na nasze życie. Według mnie nasza przeszłość w dużej mierze określa naszą przyszłość. Moja rozmówczyni twierdziła, że każdy może zrealizować swoje marzenia, każdy ma takie same szanse w życiu, te same możliwości, ten sam start. Ja zawsze upierałam się, że rodzina, szkoła, sytuacja materialna czy miejsce zamieszkania mają znaczący wpływ na przyszłość danej osoby. Tak jest też w przypadku Krzysia, bohatera naszej książki. To zwykły gimnazjalista, jakich tysiące w naszych szkołach. Nie ma wsparcia w rodzinie, ciągłe kłótnie, oczekiwania, roszczenia i brak zrozumienia. Już nie tylko chodzi o konflikt pokoleń, ale przede wszystkim o dramat młodego, wcale nie głupiego człowieka, który nie widzi dla siebie żadnej pozytywnej przyszłości. Buntuje się zatem przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Rodzina? Matka wiecznie zapracowana próbuje stworzyć namiastkę domu, ojciec alkoholik, który między jednym ciągiem a drugim uzurpuje sobie prawo do wychowywania nastoletniego już i wychowanego przez ulicę syna. Szkoła? Typowa osiedłówka... Koledzy? Z podobnymi problemami w domu lub zupełnie bez domu. Codzienność? Jeden dzień podobny do drugiego, brak zrozumienia, pustka i zero przyszłości. Czy jednak owa patologiczna codzienność całkowicie określa naszą przyszłość? Otóż nie. Istnieje szansa na wyrwanie się  bagna. Jest nią pasja i upór. Dla Krzyśka jest nią pisanie piosenek. Zafascynowany koncertem hip-hopowym, za który na marginesie dostaje lanie od ojca, chłopak zaczyna odkrywać drogę do siebie, do swoich emocji do pokazania światu bólu życia, wreszcie drogę do bycia sobą... Książka jest zapisem pierwszych 7 dni przemiany, fascynacji, pisania i przemyśleń o życiu.


"Piosenka po piosence coraz bardziej rozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi. Z każdą chwilą coraz więcej sytuacji, o których właśnie słuchałem, zaczynało mocniej i dokładniej odzwierciedlać moje przeżycia. Powtarzałem sobie jak mantrę, że to nie koniec, że wszystko może jeszcze się odmienić i chociaż wszyscy dookoła mnie nie do końca w to wierzyli, jakiś głos niczym zakłamany naiwniak stale kazał mi podsycać w sobie nadzieję" (s.65)


Autor doskonale przedstawił świat współczesnej młodzieży, ich problemy i relacje. Nie ma tu ani przesady, ani zbędnego epatowania cierpieniem. Jest za to zwykłe życie, ludziom z tzw. dobrego domu, jak mojej znajomej z Krakowa, może się ono wydawać zupełnie nierealne, ale przecież nie jest to powód do jego zanegowania. Uczę już trochę, żyję trochę dłużej niż uczę, a wiem o wiele więcej...  Krzysiek, Marcin i Monika są przedstawicielami pokolenia, które system i ludzie spisali już na straty. Czy słusznie? Jest przecież w ich dobro, pasja, chęć bycia, tylko my zbyt łatwo sobie ich zaszufladkowaliśmy. Nasz błąd widać jak na dłoni, ale czasem wolimy tą dłoń zacisnąć w pięść i uderzyć z wysokiej perspektywy naszego wygodnego życia...






Polecam, książka otwiera oczy, wbija w fotel i zmusza do innego spojrzenia na rozrabiającego przed naszym blokiem gimnazjalistę....




Anna M.
P.S. Do książki jest dołączona płyta z utworami czołowych polskich twórców hip-hopowych. Część tekstów można znaleźć w samej książce, a wszystkie doskonale korespondują z historią Krzysia.




 
 
 








"Przewodnik po Niebie, Piekle i ich mieszkańcach" Roman Zając


 
 
Na mojej półce leży stos książek do recenzji, a ja przez cały zeszły tydzień z wypiekami na twarzy czytałam "Przewodnik po Niebie, Piekle i ich mieszkańcach". Książka niedawno się ukazała, jeszcze pachnie tajemnicą. A w środku??? Zapierający dech w piersiach opis nieba i piekła. Ogromną zaletą owego przewodnika jest fakt, że jego autor, Roman Zając, jest biblistą i demonologiem, specjalizuje się również w angelologii. Można zatem spokojnie czytać, nie martwiąc się, że ktoś zwyczajnie zmyśla i próbuje nas omamić swoją wyobraźnią.
 
 
 
 
 
"Od razu na wstępie chciałem wyznać, że nigdy nie byłem w Piekle ani tym bardziej w Niebie. Nie jestem mistykiem, który miewa wizje zaświatów. Ba! Nie przeżyłem czegoś takiego jak śmierć kliniczna. Czy można pisać przewodnik po miejscach, w których się nigdy nie było i o których ma się wiedze wyłącznie teoretyczną?W przypadku ziemskich krain byłoby to być może niestosowne, ale Zaświaty, jak sama nazwa wskazuje, nie są z tego świata. Zresztą tak naprawdę nawet ci, którzy przeżyli śmierć kliniczną bądź mistycy, którzy doświadczyli pewnych widzeń, nie byli tam naprawdę, tylko tak jakby oglądali film wyświetlany w ich mózgu. Losy po śmierci pozostają nadal poza zasięgiem możliwości poznawczych człowieka" (s.6-7)
 
 
 
 
 
 
 
 
Przewodnik podzielony jest na dwie części: Niebiosa i Piekło. Autor przybliża nam topografię tych "krain", starodawne wyobrażenia, średniowieczne mapy i wreszcie prawdę biblijną.
 
 
 
 
Książka jest fascynująca! Mnie szczególnie zainteresowała część poświęcona Niebu, choć oczywiście ciekawość prowadziła mnie też jak zwykle zupełnie w przeciwnym kierunku... Ale wróćmy jednak do Nieba. Autor wnikliwie analizuje historię wierzeń, wyobrażeń, motywów literackich i malarskich. Nie zatrzymuje się nawet przed współczesnym kinem, ale podejmuje trudny dialog z przekłamaniami i infantylizmem hollywoodzkiego spojrzenia na wiarę. Szuka nieba w kosmosie i utraconego raju na ziemi. Przybliża nam również architekturę Niebiańskiej Jerozolimy i mistykę Tronu Boga. Sporo miejsca poświęca mieszkańcom Niebios nazywając ich "Komandosami Pana Boga". Najcenniejsze jest jednak ciągłe odniesienie do Biblii, bo to z niej przecież czerpiemy naszą wiedzę o Zaświatach.
 
 
Michał - "Któż jak Bóg" (mi ka el) to książę wszystkich aniołów, pierwszy w niebie, opiekun Narodu Wybranego, ten, który walczy z szatanem i strąca go do piekła. To Michał m.in. wyprowadza w słupie ognia żydów z Egiptu, jest wodzem ognistych rydwanów otaczających proroka Elizeusza. W Biblii jednak jego imię pada rzadko, więcej dowiadujemy się z chrześcijańskich legend i podań. Według nich Michael był jednym mniejszych aniołów, ale w obliczu buntu pierwszego i największego archanioła Lucyfera miał wystąpić przeciwko zdrajcom z okrzykiem: "któż jak Bóg!" Do niego to dołączyli się pozostali wierni Bogu aniołowie, a on sam został ich przywódcą. Bóg uczynił go wodzem i obdarzył godnością księcia aniołów.
 
 
 
Gabriel - "Bóg jest mocą"- jest wysłannikiem Boga, w Starym Testamencie objawia tajemnice Danielowi, w Nowym obwieszcza Zachariaszowi narodziny Jana, a Maryi zwiastuje poczęcie Mesjasza.
 
 
 
Rafał - "Bóg uzdrawia" - to ostatni znany z imienia archanioł z "Siedmiu Aniołów Oblicza". Jest on głównym bohaterem księgi Tobiasza. Poza tą księgą Biblia nigdzie nie wspomina o Rafaelu. Natomiast opis jego licznych misji znajdujemy w apokryfach, gdzie m.in. związuje zbuntowanego anioła Azazela.
 
 
 
 
 
Analogicznie w Przewodniku przedstawiona jest hierarchia upadłych aniołów, ich los i historia upadku. Gdzieś na początku, u zarania dziejów, w niebie doszło do wojny. Nie wiemy jak ona wyglądała, nie znamy też z całą pewnością jej powodów, potrafimy jedynie określić przywódcę - Lucyfera - "Niosącego światło", "Syna Jutrenki". I znów teolodzy spierają się kim był? Serafinem, cherubinem, pierwszym z aniołów, ulubieńcem Boga? Nie wiemy. W Biblii nie ma opisu owego buntu, można doszukać się jedynie aluzji. Dalej jest już tylko tajemnica. Dlaczego część aniołów powiedziała Bogu: NIE? Pewne jest tylko jedno, czy tego chcemy czy nie, jesteśmy wplątani w ten konflikt. Jego przyczyny po dziś dzień są przedmiotem teologicznych spekulacji, dociekań naukowców, opisują je mistycy, poeci, a ostatnio nawet biorą na warsztat reżyserzy...
 
 
Nie byłabym sobą gdybym nie dodała czegoś pozornie nie na temat.  Świat duchowy jest fascynujący. Sama skończyłam teologię właśnie z tego powodu - chciałam więcej wiedzieć, bo moja wiara potrzebowała uzasadnienia. Do dziś obserwując świat ciągle pytam: dlaczego? Nasze życie pędzi nieustannie, żyjemy coraz szybciej, płycej, bardziej materialnie. Jesteśmy skłonni wierzyć w znaki zodiaku, ale przyznanie się do bycia chrześcijaninem to coraz częściej obciach, jakieś średniowieczne zabobony. Pogubiliśmy się w kościelnej moralności, instytucjonalizmie, kto ma racje, ilu jest świętych, kto na pewno nie dostanie się do nieba... Doba staje się za krótka na pracę, a co dopiero na odpoczynek, nie mówiąc już o życiu duchowym. Sama łapię się na tym, że moja Biblia leży przez kilka dni nietknięta. Zawsze mnie to przeraża.  A gdyby tak na chwilę się zatrzymać, zamknąć oczy i otworzyć się na to, co niewidzialne? Okazałoby się, że wokół nas jest całkiem inny świat, nasz dom, tylko my go nie widzimy. Mamy zbyt wiele spraw do załatwienia, ale to przecież wcale nie znaczy, że on nie istnieje... Zawsze staje przed tą tajemnicą i nie mogę się nadziwić, że jest tyle rzeczy, o których nie mam pojęcia, których nie rozumiem, nie przeczuwam... Świat i życie są niesamowite.
 
 
 
Anna M.
P.S. Polecam książkę jako przewodnik po życiu. Można ją czytać codziennie, po kawałku, bo gdy głodny wiedzy czytelnik już się nasyci, może wgryźć się w drugie dno - w sens naszej egzystencji... 
 
 
 
INFORMACJA O KSIĄŻCE
 
Wydawca: Wydawnictwo M 
Rok wydania: 2014 
Stron: 500
 
moja ocena: 6!! /6
 
 
 
 Serdecznie dziękuję Wydawnictwu M za możliwość współpracy.
POLECAM książkę i zapraszam na strony Wydawnictwa :)
 
 
 
 
 
 

Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził.
 Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)
 
 
 
 
 
 

"Aniołowie" Dawid Jeremiah

 
 
 
  
"We are the seven, judgement of heaven
Why don't we know: We are the angels
 It's revelation, soul castigation
 Fire will burn us away" 
                                              Avantasia "The seven angels"
 
 
 
 
 
Z wykształcenia i z zamiłowania jestem biblistką. Do tej pory niewiele o tym pisałam, ale po serii książek o aniołach, nie mogę się powstrzymać.  Przeczytałam kilka książek z aniołami w roli głównej i chyba załamałam się... Aniołowie stali się w dzisiejszych czasach tak popularni, że znajdujemy ich wszędzie, dosłownie wszędzie. Popkultura czerpie z nich garściami, paranormalne romanse rosną w siłę powodując spłycenie tematu. Anioł to dziś albo pucołowaty cherubinek, który przeprowadza dzieci przez kładkę, albo romantyczny kochanek lub zagubiony między dobrem a złem nieszczęśnik.
 
 
 
"Avantasia"
Biedni aniołowie... Przesiąknęli do hollywoodzkich produkcji jako zbuntowane i znudzone dobrem istoty, jak chociażby w filmach: "Gabriel", "Constantine" czy "Armia Boga". Jakby tego było mało, anioł może być też sfrustrowanym nieudacznikiem z licznymi nałogami jak tytułowy "Michael". Z filmów "Dotyk Anioła" i "Autostrada do nieba" możemy się natomiast dowiedzieć, że to boscy wysłannicy, którzy towarzyszą nam zawsze i wszędzie, choć w "Dogmie" Loki i Bartleby kombinują tylko jak wrócić do nieba, żeby się o tym nie dowiedział sam Bóg, bo przed wiekami za pychę i nienawiść do ludzi sam ich przecież wyrzucił. Niesamowite, ile w jednym koszmarnie hollywoodzkim filmie można przemycić biblijnych wątków. Niby się "tylko zabijają i ogólnie nie wiadomo o co chodzi", jednak jeśli choć trochę znasz Biblię, to nawet w największym kiczu znajdziesz motywy i myśli teologiczne. Fakt, czasem trzeba się naszukać i przebrnąć przez iście heretycką otoczkę, ale satysfakcja gwarantowana. Zdarzają się też prawdziwe perełki, które można chłonąć garściami... Podobnie jest z muzyką. Na początku zacytowałam fragment opery metalowej "Avantasia" (tak, tak, takowe istnieją - wiem, bo uwielbiam). Dla rockmana dobro, zło, aniołowie, demony to wdzięczny temat, a jeśli jeszcze dodatkowo poruszy temat upadłych aniołów - sukces gwarantowany. Nic tak nie fascynuje jak tajemnica i odwieczna walka zła z dobrem...
 
 
 
Nie ma w tym nic złego, poza jednym drobnym faktem. Ten, kto ogląda podobne filmy, czy słucha muzyki i czyta książki powinien mieć podstawową wiedzę o aniołach. Reżyser, pisarz, a tym bardziej muzyk czerpie z motywów biblijnych wybiórczo, mocno subiektywnie i nie zawsze prawdziwie. To tylko wizja artysty... Ma do tego prawo i dobrze, że tak robi, bo przez to ubogaca nasze postrzeganie świata. Budzi nasze zmysły i sprawia, że czasem krew sama wrze w żyłach. Ale czy znamy prawdę o aniołach? Jeśli wiedze o nich czerpiemy tylko z filmów, książek i muzyki to doprawdy mało jeszcze wiemy...  Bo co robi świat i ludzie?
 
"Korzystają z przebrania anielskiego - trochę tu, trochę tam - aby flirtować z fascynacjami ludzi i wywoływać ciekawość, chęć współuczestniczenia z obecnością aniołów. Wpływając na właściwe osoby o odpowiednich koneksjach, publikować odpowiednie książki i artykuły prasowe, wypuszczając określony programy telewizyjne, może zwodzić miliony ludzi i wpędzać ich w pułapkę fałszywego przeżywania doświadczeń duchowych i bezpieczeństwa. (...) Aniołowie to wygodny kompromis, słodycz, lukier i piórka, są łagodni i nie wydają sądów. Są pod ręką jak aspiryna. (...) Bóg w wersji light"  (s.13)
 
 
 
Pastor David Jeremiah w swojej książce "Aniołowie" przedstawia nam prawdziwą wiedzę biblijną w pigułce. Spokojnie, jest to co prawda książka chrześcijańska, ale pisana dosyć żywym, współczesnym językiem. Nie ma tu skomplikowanej hermeneutyki biblijnej, nie ma zbyt wielu domniemań i iście anielskiego bujania w obłokach. Jest za to duża porcja podstawowej wiedzy, jaką możemy czerpać z jedynego obiektywnego źródła o aniołach - z Biblii. Uwaga, nie ma obawy, tak to Biblia. Czasem nie rozumiem moich lęku moich znajomych przez tym słowem. Chrześcijaństwo weszło na stałe do naszej cywilizacji, nikt nie ma oporów przed czytaniem chociażby o aniołach, ale gdy padnie słowo, że pochodzą z Biblii, natychmiast odwrót... Zawsze mnie intrygowało, że nawet ateiści posługują się chrześcijańskimi terminami... Pismo Święte to kopalnia wiedzy, o ile właściwie się je czyta. Mój profesor Starego Testamentu czytając nam po hebrajsku wizje aniołów u Ezechiela, a potem tłumacząc na polski zwykł mawiać: "Takiego przedstawienia czterech istot niebiańskich z dymem, grozą i pozornym chaosem grzmotów i błyskawic nie powstydziłby się żaden współczesny koncert rockowy, a to tylko i aż Biblia". My jednak zbyt często ulegamy cukierkowatemu ujęciu w odcieniach różu z dużą ilością piórek, koniecznie w odcieniu błękitu, bo tak wypada, bo tak się przyjęło. Nic dziwnego, że ludzie zamiast do Biblii sięgają do kinematografii i literatury. David Jeremiah wychodzi od definicji anioła i ich podobieństw do ludzi, a raczej braku owych. (Nie, nie, anioł to nie człowiek ze skrzydłami...). Później pastor omawia zadania aniołów, pisze też sporo o największym z aniołów, by zakończyć o tych upadłych.  Nie brak też autorowi poczucia humoru, gdy piszę m.im. o pojmowaniu przez nas aniołów jako "parkingowych stróżów", do których zwracamy się, gdy samochodem krążymy ciasno zaparkowanymi uliczkami. Do tego spora dawka cytatów biblijnych, by można było samemu powertować Stare Księgi.


Polecam książkę "Aniołowie" jako uzupełnienia nasze często bardzo płytkiej wiedzy o tych bezcielesnych czystych istotach. Jeśli nasza wiedza i wiara będą niezachwiane, żaden produkt popkultury nam już nie zaszkodzi. Zawsze będziemy mogli rozróżnić prawdziwego anioła od jego "marketingowego kolegi po fachu". Później można śmiało włączyć jakiś film, wziąć książkę, czy jak ja - puścić lubiony kabaret Neonówkę z ich interpretacja rządów w niebie i bezkompromisowym ujęciem "szorstkiej przyjaźni" Boga z Lucjanem (vel Lucyfer).
 
 
Anna M.

moja ocena:  6 / 6